pamiętam dzień, gdy powstało to moje popełnienie.. wracałem pociągiem z Wrocławia.. pech chciał, że trafiłem na wagon z przedziałami.. a może to i lepiej.. pewnie nie byłoby tego wpisu gdyby nie ten przedział.. zamyślenie.. i jesienne popołudnie..

zapraszam na…

 

podróż przez jesienne popołudnie

siedzisz otulona pociągową melancholią
niczym szaroburym swetrem
łzawe historie rozbijają się o szybę
umęczonego drogą
okna

czasem otwierasz oczy i ukradkiem
spoglądasz na kalejdoskop osobowości

niby przypadkiem
niby ukradkiem

spoglądasz też w niebo
prawie zawstydzona tym
że tu jesteś

(a oczy twe tęskne
zatroskane losem
a może zatroskane nami)

jakbyś aniołem była
co pierwszy raz z drogi swej zboczył
lub wiedzę miała
co czeka na kolejnym przystanku
nas
niegodziwców

patrzę
niby przypadkiem
niby ukradkiem
w twoje oczy

upatruje w nich własnej melancholii
odpowiedzi na pytanie
o własny los

a może nie jesteś aniołem
a może nic nie wiesz
i tylko umysł mój chory
płata mi figle
wierzyć pozwala
żeś istotą lepszą
stworzeniem większym niż

marne ja

w melancholii
prawie zawstydzona
spoglądasz w niebo

a dla mnie

przystanek „pożegnanie”
ostatnia chwila przed ucieczką
przed ciszą
wiedzą

przed poznaniem

 

i jeszcze muzyczna pocztówka, która ostatnio gdzieś tam na co dzień mi towarzyszy: